Akademia Marzeń – Sztorm – Krzysztof Łuczak

Rzuciłem okiem na zegarek przy trapie ? dochodziła trzynasta, czas do pracy. Odwróciłem się na pięcie i wszedłem do nadbudówki.

Kapitan siedział w swoim biurze i po raz setny przeglądał dokumenty portowe. – Cholerny Durban… – zaklął, kiedy popiół z papierosa spadł mu na spodnie. Strzepnął popiół na podłogę i wrzucił peta do pełnej już popielniczki.

Ktoś zapukał w otwarte drzwi. Stary podniósł wzrok.

– Panie kapitanie? – zameldował się niepewnie starszy oficer.

– Tak… – w głosie kapitana dało się wyczuć znużenie i niecierpliwość.

Chief odchrząknął, przewrócił oczami i przyjął trochę za bardzo oficjalną postawę.

– Panie kapitanie… eee… możemy wychodzić o… eee… osiemnastej ? wydukał.

Stary kiwnął głową i machnął dłonią w kierunku drzwi. Coś mu się jednak przypomniało. – Oktaw! – krzyknął za chiefem.

Chief niemal natychmiast pojawił się z powrotem w jego biurze. Znów z trochę zbyt oficjalną postawą.

– Tak?

Kapitan podrapał się w głowę, próbując sobie przypomnieć, o co tak właściwie chciał zapytać. Cargo ? nie… Załoga ? nie… Dokumenty ? nie… Mapy…

– Słuchaj, czy ja podpisywałem już przebieg trasy na Brazylię? – zapytał. – Drugi mówił, że ma ją już wyrysowaną.

– Nie, panie kapitanie ? odpowiedział oficjalnie chief. – Ciągle czeka na podpis. – Przynieś ? rzucił stary, uśmiechając się przy tym krzywo.

– Oczywiście, panie kapitanie! – odpowiedział mu oficer i zniknął za drzwiami. Kapitan znów opuścił wzrok na dokumenty. Przetarł twarz chustką.

– Cholerny Durban… – zaklął.

Około dwudziestej pierwszej kończyliśmy oglądać film w oficerskiej sali telewizyjnej ? ja, kadet pokładowy, fitter i elektryk. Byliśmy w morzu od około 5 godzin i kierowaliśmy się na Brazylię.

Kadet pokładowy podniósł się z kanapy, ale natychmiast usiadł z powrotem, nie mogąc utrzymać równowagi.

– Jak tym dziadostwem buja ? mruknął fitter, przyglądając się jego wygibasom.

– Nie jest tak źle ? odpowiedział. – A i pogodę zapowiadają dobrą.

Fitter pokręcił tylko głową.

– Ten statek jest do niczego niepodobny. Morze spokojne, fali brak, płyniemy prosto, a on się giba na prawo i lewo!

– Prawdopodobnie stateczność liczyli mu w poniedziałek, a w poniedziałki, to wiadomo jak jest… – wtrącił się elektryczny.

Fitter tylko wzruszył ramionami i wstał, trzymając się stołu.

– Jak długo pływam, pierwszy raz widzę coś takiego… ? powiedział, a potem machnął ręką.

Schował do kieszeni papierosy, złapał kubek i ruszył do wyjścia.

– Spokojnej nocy, panowie ? rzucił i zniknął za drzwiami.

– Spokojnej ? odpowiedzieliśmy.

Ja też podniosłem się z miejsca.

– Dobra, czas na mnie. Dobrej nocy, do jutra.

Z sali telewizyjnej zjechałem na pokład główny, sprawdzić pocztę. Odpisałem na maile, po czym poszedłem do kabiny.

Wziąłem prysznic, wskoczyłem do łóżka i zabrałem się za film. Spać za bardzo mi się nie chciało, ale kiedy zorientowałem się, że dochodzi północ, postanowiłem się położyć. Odstawiłem komputer na podłogę, zgasiłem światło i odwróciłem się do ściany.

Sen miałem płytki i niespokojny. Wstałem i włączyłem klimatyzację, po czym położyłem się z powrotem.

Po kolejnych piętnastu minutach przewracania się z boku na bok, dotarło do mnie, że to przez bujanie. Klnąc cicho pod nosem, przeniosłem się na kanapę, która zamocowana była ? w przeciwieństwie do koja ? w poprzek osi statku. Niewiele to pomogło.

Statek bujał się bez przerwy, ale ? na szczęście ? dosyć wolno: wychylał się na jedną burtę,

zatrzymywał na moment, wracał do pionu i przechodził na drugą burtę. Jedno takie przejście trwało około trzydziestu sekund. Przyzwyczajony, nie zwracałem na to zbyt dużej uwagi ? byłem jedynie lekko zirytowany tym, że nie mogę się wyspać.

Około drugiej w nocy obudziłem się z bólu – twarda krawędź kanapy wciskała mi się w głowę. Nie od razu zorientowałem się, co się dzieje: przesunąłem się lekko w dół i na powrót zamknąłem oczy. Zaraz jednak zsunąłem się po kanapie i uderzyłem palcem u nogi w szot po przeciwnej stronie kabiny.

– Ał! – wrzasnąłem.

Zdążyłem zapalić nocną lampkę i usiąść na kanapie, uciskając bolący palec, kiedy statek poleciał na lewą burtę ? z głośnym łomotem wszystko pospadało z półek i biurka. Podparłem się ręką, aby nie uderzyć się w głowę.

Serce zabiło mi szybciej.

Kiedy statek na sekundę powrócił do pionu ? szybkim krokiem podszedłem do drzwi i zapaliłem światło. Wyciągnąłem z szafy skarpetki i długie spodnie, usiadłem na łóżku i ubrałem się.

Kolejne uderzenie wiatru ? wpadłem na szot. Gdzieś z dołu dobiegł mnie odgłos tłuczonego szkła ? kuchnia i mesa. W maszynowni odezwał się alarm, a zaraz potem usłyszałem odgłos startujących dmuchaw ? ich zadaniem jest ?załatanie turbodziury? przy niskim obciążeniu silnika. Pomyślałem więc, że zwalniamy.

Trzymając się mocno szotów i uważając, żeby nie wdepnąć w kałuże utworzone przez wodę zczajnika, doszedłem do łazienki. Zadzwonił telefon. Wróciłem do kabiny i na kolanach wgramoliłem się pod biurko, gdzie wcześniej wrzuciłem aparat.

– Kadet maszynowy ? zameldowałem się do słuchawki.

– Chief ? powiedział głos w słuchawce. – Niech pan zejdzie zaraz do CMK, ok?

Odchrząknąłem, bo zupełnie zaschło mi w gardle.

– W porządku ? odpowiedziałem. – Już idę.

Chciałem odłożyć słuchawkę, ale dosłyszałem jeszcze coś.

– Przepraszam?

– Niech pan nie jedzie windą i uważa po drodze ? dodał chief.

Rozłączyłem się i wyszedłem na korytarz, zabierając z podłogi klucze. Niepewnym krokiem, mocno trzymając się poręczy zszedłem trzy piętra do szatni. Był tam już fitter.

– Widziałeś, co się dzieje? – zapytał.

Rozglądał się nerwowo dookoła, a jego źrenice stały się zupełnie małe ? prawie niewidoczne. Spojrzałem w lustro nad umywalką: moje też.

Ze wszystkich szafek wypadły ubrania, buty, kaski, słuchawki, długopisy i co tam jeszcze ludzie trzymają. Znalazłem swoje buty i kombinezon. Przebrałem się, starając się nie upaść i zszedłem do siłowni.

Pierwsze, co zobaczyłem jeszcze ze schodów, to woda ? kałuże były na całym najwyższym poziomie.

– Pięknie… – pomyślałem.

Kiedy zszedłem ze schodów, pochodzenie kałuż się wyjaśniło ? poprzewracały się butle z wodą pitną.

W CMK byli już wszyscy: dwaj motorzyści, OS maszynowy, fitter, elektryk, chief, drugi i trzeci mechanik ? ze mną był już komplet.

Spojrzałem na ich twarze: prawie niewidoczne źrenice, albo też zupełnie odwrotnie ? jak pięć złotych.

Minąłem główną tablicę rozdzielczą i podszedłem do stołu. Złapałem się go akurat wtedy, kiedy statek znów zaczął się przechylać. Odwróciłem się szybko i spojrzałem na wskazówkę przechyłomierza ? zabrakło skali, a więc ponad 30 stopni.

Chief, kurczowo trzymając się barierki przy pulpicie sterowniczym, podszedł do nas i zwrócił się do fittera:

– Panie Jurku, niech Pan sprawdzi, co się dzieje w warsztacie, ok? Fitter kiwnął tylko głową i poszedł.

– Pan też niech idzie ? powiedział chief do mnie.

Uśmiechnąłem się krzywo.

Wyszedłem, zakładając słuchawki. Kiedy maszerowałem galerią, poczułem że statek leci na prawą burtę. Spróbowałem złapać reling, ale poślizgnąłem się na rozlanym oleju cylindrowym. Na szczęście, przed bolesnym spotkaniem z szotem uratowała mnie rura ? złapałem się jej i ruszyłem ostrożnie dalej. Znów usłyszałem alarm; zamigała też lampka telegrafu na kolumnie alarmowej. Zrobiło się dziwnie cicho…

Coś mnie tknęło.

Chwyciłem się mocno barierki i ostrożnie wychyliłem się. Spojrzałem dwa piętra w dół ? wał silnika głównego nie obracał się.

– Co się tam dzieje?! – krzyczał kapitan do słuchawki telefonu.

Krzyczał po polsku, zupełnie nic już sobie nie robiąc z obecności kiribackiego sternika i dwóch filipińskich oficerów.

Wpatrując się w jakiś nieistniejący punkt na stole namiarowym, stary słuchał głosu w słuchawce ? jego niewyraźne fragmenty docierały do uszu chiefa, który stał trochę z boku, trzymając się relingu.

– I nic się nie da zrobić? – zapytał kapitan, trochę już spokojniej.

Wysłuchał odpowiedzi, po czym pokiwał głową i rozłączył się.

– Panowie, próbujemy jeszcze raz ? zwrócił się, tym razem po angielsku, do obecnych. – Oktaw, bardzo wolno naprzód. Sternik: 290 stopni. Podejdziemy bliżej lądu.

Chief przesunął się do dźwigni telegrafu i pchnął ją w położenie Bardzo wolno. Zadzwonił dzwonek i zamrugała na zielono lampka wybranej nastawy.

– Startujemy, kapitanie ? rzucił do starego.

Kapitan nie odpowiedział. Kiwał tylko nerwowo głową.

– Chryste Panie… – wyrwało mi się, kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi i rozejrzałem się po warsztacie.

Ważąca dobre osiemdziesiąt kilogramów giętarka do rur zerwała się ze mocowania, przesunęła po podłodze przez cały warsztat ? zostawiając wyryte głęboko ślady ? i uderzyła w agregat klimatyzacyjny, nieźle go przy tym demolując. Stół do wycinania uszczelek, który dzień wcześniej zamontowaliśmy ?na sztywno? do podłogi, przewrócił się i huknął w tokarkę. Szklana popielniczka roztrzaskała się w drobny mak, rozlał się olej do testowania wtryskiwaczy, śmieci wysypały się ze śmietników, narzędzia pospadały ze ścian…

– Jurek ? zagadnąłem fittera ? byłeś w magazynku i passagewayu?

Fitter, oparty o tokarkę, szukał w kieszeni zapalniczki. Nawet mnie nie zauważył.

– Jurek? – powtórzyłem.

Spojrzał na mnie zaskoczony. Patrzył na mnie nierozumiejącym wzrokiem, ale po chwili otrząsnął się ? przetarł sobie twarz i odpalił fajkę.

– Sorry ? wypuścił dym. – Co mówiłeś?

Uśmiechnąłem się do niego lekko i pokręciłem głową.

– Niezły chlew, co? – powiedziałem.

Jurek przytaknął. Z fascynacją przyglądałem się, zupełnie zapomniawszy o bałaganie, jak wciąga naraz prawie całego papierosa.

– Przystopuj, kolego ? jak tak dalej pójdzie, to zejdziesz na raka, zanim ten dziad zdąży się uspokoić…

Fitter spojrzał na mnie, zastanowił się, uśmiechnął krzywo i dokończył:

– …lub zatonąć.

Spojrzałem na zegar: 2:30. Znajdowaliśmy się akurat w tej samej strefie czasowej, co Polska ? zdążyłem jeszcze pomyśleć, że chodząc do ?normalnej? pracy, pewnie spałbym teraz spokojnie w ciepłym łóżku, a potem do warsztatu wpadli motorzyści i OS.

– Dobry wieczór, kadet ? uśmiechnął się do mnie jeden z nich, Toma. – Wszystko w porządku?

– Jak zwykle ? odpowiedziałem mu. – Rewelacja ? dodałem, rozglądając się wymownie dookoła. Toma roześmiał się szczerze, czym momentalnie poprawił mi humor.

Kiwnąłem na chłopaków i, korzystając z chwili względnego spokoju, ruszyliśmy do magazynku. Tam dopiero ujrzałem prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy… Prawie wszystko, naprawdę ? prawie wszystko ? pospadało z półek. A co jeszcze nie spadło, wyglądało, jakby zaraz miało, więc ostrożnie zaczęliśmy przeciskać się na drugi koniec magazynku, oceniając sytuację.

– Pompy wtryskowe i wtryskiwacze ? powiedziałem, pokazując na porozrzucane po podłodze pudła. – To najpierw, bo ciężkie.

Zabraliśmy się za upychanie ich ciasno pod regałami. Nie było to łatwe, gdyż każde takie pudło ważyło przynajmniej dwadzieścia kilo, a poza tym statek wciąż przechylał się z burty na burtę, rozsuwając z powrotem to, co dopiero ułożyliśmy.

Udało się w końcu ułożyć jedną warstwę ? mniej-więcej jedną trzecią całości. Zabrałem się za wiązanie, a Toma przeszedł pod drugi regał i zaczął upychać pozostałe wtryski. Nagle statek znów mocno przechylił się na prawą burtę. Dojrzałem, że gdzieś spod szafy wyjeżdża pudło z pompą wtryskową i zmierza prosto na motorzystę ? krzyknąłem do niego, ale ten nie zdążył uskoczyć ? sunący element uderzył go w kostkę. Toma krzyknął i opadł na kolana.

Rzuciłem sznur i doskoczyłem do niego. Usiadłem na podłodze i nogami zablokowałem resztę niezasztauowanych elementów.

– Nic Ci nie jest? – zapytałem.

Motorek spojrzał na mnie, zastanowił się chwilę i ? cały czas uciskając bolącą kostkę ? wydukał po polsku:

– Dobrze.

Uśmiechnąłem się i poklepałem go po ramieniu.

– Spróbuj wstać ? poradziłem. – Możesz chodzić? Idź do warsztatu i chwyć się czegoś mocno.

Poradzimy tu sobie.

Toma uśmiechnął się i podziękował. Wstał ? kulejąc mocno, wyszedł z magazynku.

Odprowadziłem go wzrokiem, a potem wróciłem do porządkowania. Statek na chwilę uspokoił się, więc jakoś udało się ogarnąć cały bajzel i zasztauować wszystko porządnie.

Wróciliśmy do warsztatu. Tomy już nie było ? poszedł sprzątnąć rozlaną wodę. Drugi motorzysta, Kourabi, i OS, Amota, pojechali do sali telewizyjnej ? była tam już reszta załogi. Ja i Jurek zostaliśmy na stendbaju ? na ?w razie czego?. Ustawiliśmy stół do uszczelek, dotargaliśmy tam też giętarkę i przywiązaliśmy wszystko do wręgu.

Poczułem, że znów lecimy na bok, więc złapałem się mocno tokarki. Fitter doskoczył do nożyc. Zegar wskazywał 2:50 ? wpatrywałem się w niego i zastanawiałem, co ja tu w ogóle robię… Statek przechylał się coraz bardziej ? prawie cały ciężar mojego ciała przenosiły teraz ręce: gdybym się puścił, poleciałbym na mordę, na stół fitterski.

Jurek coś powiedział.

– Hmm? – mruknąłem.

– Krzysiek… – wyszeptał nagle, nawet na mnie nie patrząc. – Co ja tu robię?

Zrobiło mi się jakoś dziwnie.

Znów spojrzałem na zegar ? wskazówki przesunęły się o kilka minut. Jurek wpatrywał się tępo w szot, co jakiś czas mrugając nerwowo.

Zewsząd dochodziły odgłosy pracującego metalu ? stękanie męczonego kadłuba. Za drzwiami do siłowni szumiały głośno dmuchawy silnika głównego. Co jakiś czas odzywał się alarm, a w kilka sekund później ? kolejna porcja sprężonego powietrza rozruchowego, wtłaczanego do ośmiu cylindrów potwora o mocy prawie pięćdziesięciu tysięcy koni mechanicznych, świszczała głośno, dramatycznie próbując rozbujać maszynę…

Staliśmy tak, przerażeni, gapiąc się w przeciwne szoty. Tylko czekać, bo nic innego.

***

Sztormowa pogoda utrzymywała się do 8 rano. Przez pięć godzin, z przerwami na dorywcze ratowanie wyposażenia, stałem przytulony do tokarki i wpatrywałem się w zegar, prawie modląc się, żeby to się wreszcie skończyło ? jakkolwiek, ale żeby się wreszcie skończyło.

Prognozy pogody były dobre ? morze spokojne, wiatr do 30 węzłów. Tylko południowoafrykańska telewizja wspomniała, że mogą pojawić się przelotne burze. Ostatecznie, zmierzona prędkość wiatru wyniosła ponad 70 węzłów. Specyficzny jest ten rejon pływania ? to punkt, gdzie spotykają się trzy ogromne akweny. Burze pojawiają się znikąd.

Dodatkowym problemem był napęd ? na skutek dużych przechyłów, silnik główny tracił smarowanie i automatyka stopowała go.

W normalnych warunkach jest to ?zachowanie? bardzo pożądane (na skutek spadku ciśnienia oleju ? do którego dochodzi z różnych powodów ? silnik traci smarowanie i może się zatrzeć), ale w przypadku ostrego sztormowania niesamowicie komplikuje to sytuację: statek pozbawiony napędu staje się bardzo podatny na zewnętrzne siły, działające na kadłub ? wiatr, fale.

Nasze szczęście polegało na tym, że chińskie silniki agregatowe spisały się znakomicie, nie pozbawiając nas energii elektrycznej. Gdyby i to nam się przytrafiło, to stracilibyśmy ster, oświetlenie i nadzieję na odpalenie silnika głównego, który ?nie zaskoczy? bez prądu.

Bilans strat: 14 kontenerów za burtą, kilka porozrzucanych po pokładzie, pogięte relingi, połamane lampy, zdemolowane platformy nad pokładem głównym, urwany trap pilotowy na lewej

burcie (niestety, skurczybyk nie urwał się do końca, tylko dyndał sobie, dodatkowo urozmaicając nam kolejny dzień), kilka ton ołowiu na pokładzie (wypadły z pękniętego na pół kontenera), dziura w ładowni, zrobiona przez trzy tony blachy, które wypadły z kontenera na pokładzie (prawie 30 metrów wyżej), uszkodzony kontener z toksycznymi chemikaliami, zalany wodą magazynek farb (luźna paleta zbiła zawór instalacji tryskaczowej), zdewastowana mesa załogowa…

Prawie dwa miesiące ciągłej pracy na pokładzie i tygodniowa wizyta w chińskiej stoczni ? wymierne straty to około 300 tysięcy dolarów.

Jak wspominałem, statek (na szczęście) przechylał się powoli ? gdyby przechyły były bardziej nagłe, skutki pewnie byłyby dużo poważniejsze. Za każdym razem zastanawiałem się, czy zatrzyma się, czy poleci dalej. A kiedy jednak zatrzymywał się, czekałem, czy się podniesie.

Cała sytuacja zdarzyła się dokładnie miesiąc po zamustrowaniu na pierwszy duży statek.

Krzysztof Łuczak

Korzystając z tej strony akceptujesz zapisywanie plików cookies w przeglądarce.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

X